Czy design i wzornictwo to dokładnie to samo?

Moim zdaniem design i wzornictwo to dokładnie to samo. Oznacza działalność polegającą na nadawaniu kształtu rzeczom. Wzornictwo bardziej kojarzy się w Polsce z projektowaniem dla przemysłu, z masową produkcją. Design zwykliśmy odnosić do produktów krótkoseryjnych i luksusowych. Rozróżnienie to nie ma jednak uzasadnienia w znaczeniu tych dwóch słów. Jest to raczej efekt chwilowej mody.

Lampa O! / Projekt: Magdalena Czapiewska, Karol Murlak (Designlab) / Produkcja: Martinelli Luce / Zdjęcia: Honorata: Honorata Kawecka

Gdzie kończy się zwykła użytkowość, a zaczyna design czy wzornictwo? Gdzie jest ta granica?

Uważam, że nie ma takiej granicy. Poza naturą, wszystko co nas otacza jest bardziej lub mniej intencjonalnie zaprojektowane. Warto pamiętać, że wszystkie przedmioty, które wytwarza cywilizacja zyskują swój kształt dzięki czyjemuś intelektualnemu wysiłkowi. Czasem tym kimś jest rzemieślnik, kiedy indziej technolog a coraz częściej wyspecjalizowany projektant. Bez względu na wykształcenie czy zawód wszyscy oni zajmują się jakąś formą projektowania bo decydują o kształcie powstającego przedmiotu. Niestety ostatnio przedmiotami zaprojektowanymi zwykliśmy nazywać rzeczy, którym ktoś nadał wyjątkową albo nawet dziwaczną formę. Chodzi tu przede wszystkim o produkty sygnowane przez znanych projektantów. Osobiście sprzeciwiam się takiemu myśleniu o projektowaniu, bo czyni ono z wzornictwa narzędzie do wyciągania pieniędzy. Krzesło, którego wytworzenie, zapakowanie i dystrybucja kosztuje łącznie 200 złotych ma w sklepie cenę przekraczającą 2000 zł tylko dlatego, że podpisał je ktoś znany. To absurd.

Czy projektowanie, umiłowanie piękna towarzyszy nam od czasów pierwotnych? Od kiedy możemy mówić o świadomym wzornictwie użytkowym?

To jest bardzo ciekawe pytanie, na które trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wzornictwo przemysłowe rodziło się wraz z rozwojem samego przemysłu. Jego początków należy szukać w dobie rewolucji przemysłowej. Rozwijające się wówczas fabryki potrzebowały osób, które w oparciu o znajomość nowych technik wytwórczych, potrafiły nadawać produkowanym przedmiotom piękną formę. Natomiast działalność projektowa towarzyszyła nam od zawsze bo zawsze ktoś decydował o kształcie powstającej rzeczy. Pierwotnie był to użytkownik i twórca w jednej osobie. Potem pojawili się rzemieślnicy, który wytwarzali przedmioty na zamówienie lub sprzedaż. Z czasem do rzemieślników dołączyły osoby, które decydowały o formie lub doborze materiałów. Najczęściej byli to malarze, którzy parali się dekorowaniem wnętrz. Mówię tu oczywiście o wnętrzach najzamożniejszych rodów. Ludzi ubożsi musieli polegać na własnym guście co nie znaczy, że ich decyzje nie miały walorów projektowych, o czym świadczy piękno ludowego rzemiosła.

Trudno nie zauważyć, że design ogranicza często pierwotną użyteczność przedmiotu. Czy to nie stoi trochę w sprzeczności i nie tworzy sztuki dla sztuki?

(Śmiech) W moim przekonaniu dobre wzornictwo, powinno czynić przedmioty bardziej przydatnymi. Jeśli przedmiot jest niewygodny to znaczy, że ktoś go źle zaprojektował. Popularność a nawet sława projektantów, którzy tworzą rzeczy niefunkcjonalne świadczy jednak o tym, że nie dla każdego funkcjonalność przedmiotu jest jego najważniejszą cechą. Na pewno istnieje duża grupa odbiorców szukających przedmiotów niecodziennych. Takie produkty mają przede wszystkim zapadać w pamięć, na przykład gości, którzy nas odwiedzają. To też jest jakieś kryterium, moim zdaniem trochę dziwne. Patrząc jednak na popularność niektórych bardzo niewygodnych mebli albo artykułów gospodarstwa domowego trudno udawać, że użyteczność jest jedynym kryterium jakim musi kierować się projektant.

Zestaw mebli Sto Stołów i Stołków / Projekt: Karol Murlak / Zdjęcia: Anna Zagórska

Na Zachodzie bardziej niż w Polsce jest rozwinięty home staging. U nas to wciąż stosunkowo nowe zagadnienie, chociaż wydaje się, że w czasach PRL-u wzornictwo stało na lepszym poziomie, ludzie mieli większy szacunek do marek.

Rozumiem obecną modę na wzornictwo z czasów PRL-u i nie kwestionuje tego, że często to były bardzo dobrze zaprojektowane przedmioty. Sam interesuję się tą epoką i bardzo cenię projektantów, którzy odnosili sukcesy w tak trudnych czasach. Trzeba mieć jednak świadomość, że to czym się obecnie ekscytujemy to jest niewielki procent wszystkiego co w tamtych czasach w Polsce powstawało. Duża część ikon polskiego designu z lat 60` i 70` nigdy nie była wdrożona do masowej produkcji. Stosując dzisiejsze nazewnictwo produkty te można określić mianem projektów wizerunkowych. Miały one przede wszystkim pokazać możliwości polskiego przemysłu na targach w kraju i za granicą.Takie produkty mogły być atechnologiczne albo bardzo drogie w produkcji, ważne było żeby dobrze wyglądały. Przez to, że gospodarka była sterowana odgórnie, można było pozwolić sobie na eksperymenty, na które dziś nas nie stać. Obecnie każdy produkt musi przynieść dochód, co czyni zawód projektanta nieco trudniejszym. Jako projektanci funkcjonujący w gospodarce rynkowej odpowiadamy nie tylko za piękno tego czy innego produktu, ale także za to by producent otrzymał zwrot kosztów zainwestowanych w pracę projektanta i cały proces wdrożeniowy, który obejmuje przygotowanie produkcji, wprowadzenie na rynek i wreszcie promocje nowego produktu. Coraz bardziej liczy się też środowisko naturalne i wpływ jaki dany produkt może na nie mieć.

Czyli można powiedzieć, że dobry design to wypadkowa tych trzech elementów? Ekologii, gospodarki i sztuki z zachowaniem wartości użytkowej?

Tak, myślę, że tak to można podsumować.

Zatem jak ocenia Pan powrót do estetyki PRL-u w designie? Czy to kwestia snobizmu czy Polacy zaczynają szanować własne marki i krajowe wyroby?

Nie chcę w żaden sposób deprecjonować tej mody. Powoli odkrywamy i zaczynamy rozumieć własne dziedzictwo. W meblach, które od lat stoją u babci w salonie zaczynamy widzieć nie tylko wygodę, ale także piękno kształtów i materiałów. Trudno się z tego nie cieszyć. A powody są tu pewnie różne. Czasem to nostalgia, a czasem zwykły snobizm. Nie mnie oceniać.

Czy zgodzi się Pan z popularną ostatnio tezą, że aktualny design sprzętów elektronicznych ma często większe znaczenie niż ich wydajność i użytkowość?

Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, mogę to skomentować jedynie jako użytkownik. Myślę, że komputery i wszystkie inne urządzenia elektroniczne są dziś na tyle wszechobecne, że trudno ignorować ich wygląd. Trudno powiedzieć czy liczy się on bardziej niż ich użyteczność. Wczoraj prowadziłem na ten temat dyskusję ze studentami. Obecnie mieszkam i pracuję w USA, gdzie rynek smartfonów zdominował jeden producent. Dość powiedzieć, że na 15 osób w stali byłem jedyną, która nie korzysta z iPhona. Jednocześnie większość z obecnych zgodziła się, że wcale nie jest to najwygodniejszy telefon w obsłudze. Dlaczego zatem iPhone stał się już właściwie synonimem smartfona w USA? Myślę, że nie chodzi tu o samo piękno, a raczej o znaczenie i kontekst kulturowy. IPhone jest wyznacznikiem pewnego statusu, sposobu myślenia czy stylu życia. To samo dzieje się zresztą w Polsce, a zjawisko to nie dotyczy samej tylko elektroniki.

Za granicą coraz popularniejsze jest dobieranie dodatków, sprzętu AGD, ozdób w taki sposób by pasowały do całości wnętrza, jego bryły, układu, koloru. Mając porównanie jak to wygląda w Stanach i w Polsce, czy widać u nas jakieś zmiany, czy wciąż najchętniej dosuwamy meble do ściany, a na środku kładziemy dywan?

(Śmiech) Nie wiem, to nie jest pytanie do mnie – zajmuję się architekturą wnętrz, ale nie na poziomie szczegółu. Nie interesuje mnie dobieranie dodatków. Wolę myśleć o tym jak ludzie funkcjonują w danej przestrzeni, jak ją zasiedlają i użytkują. Nie uważam, że mieszkanie powinno być skończonym dziełem. Sam nie mam takiego mieszkania i nigdy nie chciałbym go mieć. Mieszkanie moje i mojej żony jest przede wszystkim odbiciem naszego stylu życia, a dopiero w drugiej kolejności naszych decyzji estetycznych. Wydaje mi się, że w swoim mieszkaniu każdy powinien czuć się dobrze. Jeżeli ktoś lubi perskie dywany to nawet jeśli one nie są w danej chwili ostatnim krzykiem mody, powinien sobie taki dywan kupić. Nie lubię wnętrz, które są odpowiedzią na najnowsze trendy. Człowiek boi się postawić w takim wnętrzu nowy wazonik bo nie jest pewien czy będzie on pasował do koncepcji architekta wnętrz. Mieszkałem jakiś czas w Wielkiej Brytanii, teraz mieszkam w Stanach. Nieustannie mam wrażenie, że mamy w Polsce tendencję do gloryfikowania tych krajów. Wciąż wyobrażamy sobie, że życie wygląda tam jak w hollywoodzkich filmach. Tymczasem, wszędzie są ludzie, którzy mają dobry gust, ale wszędzie są też ludzie obdarzeni gustem bardzo złym a im więcej pieniędzy tym bardziej brak smaku staje się widoczny i nieznośny.

A jak zaczęła się Pańska przygoda ze sztuką? Skąd pomysł by zająć się właśnie architekturą wnętrz?

To zasługa rodziców. Żadne z rodziców nie ma nic wspólnego z projektowaniem, ale ich zawody i zainteresowania poprowadziły mnie w tym kierunku. Mój tata zawsze interesował się sztuką, można powiedzieć, że półzawodowo, bo jest przewodnikiem wycieczek zagranicznych. W domu zawsze było dużo książek o sztuce, które uwielbiałem przeglądać i czytać. Mama z kolei uczyła matematyki w liceum plastycznym w Lublinie. Często bywałem u mamy w szkole i podglądałem przyszłych artystów przy pracy. Myślę więc, że z jednej strony zainteresowania taty, a z drugiej środowisko, w którym funkcjonowała mama zdecydowały o mojej przyszłej drodze zawodowej. A ta nigdy nie ograniczała się do samej tylko architektury wnętrz. Designlab, czyli studio projektowe, które prowadzę z Magdaleną Czapiewską i Grzegorzem Nawackim ma w portfolio nie tylko projekty wnętrz, ale także wystaw muzealnych i targowych, mebli, oświetlania, produktów i grafiki użytkowej.

Płytki ceramiczne Kostka / Projekt: Magdalena Czapiewska, Karol Murlak (Designlab) / Zdjęcia: Honorata Kawecka

Studiował Pan w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Czy istnieje różnica w kształceniu, jeśli chodzi o sposób nauki, styl?

Nie trzeba wyjeżdżać za granicę, by zobaczyć jak różnie można uczyć projektowania. Jestem absolwentem i wykładowcą Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Uczyłem też w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, a teraz pracuję w Poznańskiej School of Form. ASP i PJATK to uczelnie, które stawiają na tradycyjne twarde umiejętności. Ważny jest rysunek odręczny i techniczny, robienie makiet i modeli, programy komputerowe i wiedza techniczna. SoF opiera się na całkowicie odmiennej filozofii. Najważniejsza jest w niej umiejętność myślenia, samodzielne doświadczenia oraz przenikanie się wiedzy teoretycznej z praktycznymi umiejętnościami. Konkurowanie tych dwóch modeli w różnych wydaniach można zaobserwować na całym świecie. W Nowym Jorku znajdują się dwie światowej sławy uczelnie kształcące artystów i projektantów. Pratt Institute, w którym pracuję jest bliższy modelowi tradycyjnemu, natomiast Parsons to szkoła o profilu przypominającym SoF.

Czy Pana zdaniem któraś z wymienionych metod jest lepsza, czy to kwestia upodobania osoby wybierającej się na takie studia?

Przeszedłem przez akademicki system kształcenia w Polsce, w Wielkiej Brytanii skończyłem Falmouth College of Arts, który programowo odrzuca wartości akademickie w kształceniu artystów i projektów. Na własnej skórze doświadczyłem więc zalet i wad obu systemów. Można powiedzieć, że każdy z nich jest dobry albo że każdy z nich jest zły. Najlepiej byłoby połączyć te dwie metody. W praktyce to nie jest jednak takie proste. Od lat głowią się nad tym najtęższe umysły zajmujące się metodyką kształcenia projektowego. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Ważne, aby zdawać sobie sprawę z plusów i minusów obu modeli nim wybierze się studia.

Jak wygląda Pana proces realizacyjny projektu – od pomysłu do końcowego produktu?

Na to pytanie chyba żaden projektant nie potrafi mądrze odpowiedzieć. Bardzo trudno ubrać ten proces w słowa. Projektowanie to jest praca przyjemna i nieprzyjemna zarazem. Gdy zaczyna się pracować nad jakimś projektem bardzo trudno jest przestać. Niektórzy twierdzą, że projektują nawet podczas snu, bo cały czas w naszych głowach rodzą się i umierają jakieś pomysły. Mnie najlepsze pomysły przychodzą do głowy, gdy biegam lub biorę prysznic. Pierwsza faza projektowania polega na intensywnym przyswajaniu informacji i twórczym myśleniu. Nikt nie umie powiedzieć jak to się dokładnie dzieje i w tym jest cała magia. Nie potrzebna jest wtedy pracownia, deska kreślarska albo komputera, które zwykliśmy kojarzyć z pracą projektanta. Oczywiście poza magią istotne są też twarde dane. Analizuje się badania, upodobania odbiorców, konkurencję, możliwości produkcyjne i promocyjne. Te procesy muszą dziać się równolegle. Kolejne fazy są już prostsze do opisania. Pomysły trzeba przedstawić klientowi na szkicach lub wizualizacjach. Wybraną koncepcję się dopracowuje. Później projekt jest dokumentowany za pomocą rysunków technicznych i prototypów. Potem przychodzi czas wdrożenia lub realizacji. Lubię być w tę fazę zaangażowany bo chcę mieć pewność, że wykonawcy robią wszystko zgodnie z naszymi założeniami. Ostatni etap pracy nad projektem to jego ewaluacja. Przywiązujemy do niej dużą wagę bo wiemy, że wiele musimy się jeszcze nauczyć.

Siedziska Ping-Pong / Projekt: Magdalena Czapiewska, Karol Murlak (Designlab) / Zdjęcia: Honorata Kawecka

Karol Murlak – Projektant i wykładowca akademicki. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie oraz Spatial Design w Falmouth College of Arts w Wielkiej Brytanii. Współtwórca zespołu projektowego Designlab, w ramach którego projektował dla międzynarodowych firm takich jak Deutsche Bank, Boston Consulting Group czy Martinelli Luce. Zwycięzca licznych konkursów, miedzy innymi: Dziesiątego Konkursu Sanitec-Koło i konkursu Design by… 2012. Autor projektów prezentowanych na targach w Londynie, Mediolanie, Berlinie, São Paulo, Rio de Janeiro oraz na wielu wystawach krajowych.