Spoglądam na półkę i oceniam zapasy. Czy jestem wystarczająco przygotowana na atak słoty? Oddycham z ulgą, bo widzę, że są. Zdarte przez wielokrotne oglądanie, ubrane w wyświechtane okładki, poplamione jedzeniem – moje ulubione filmy.

Nieraz się zastanawiałam, jak to się dzieje, że lubimy wracać do niektórych obejrzanych setki razy obrazów. I nie myślę tu o babskich pożywkach dla nie zawsze romantycznych fantazji, bo oczywistym jest, że za sentymentem do „Dirty Dancing” kryją się wirujące po ekranie zgrabne pośladki Patricka Swayze. Na czym polega fenomen zdartych płyt DVD? Co oprócz aktorów, dobrego scenariusza, sprytnej intrygi popycha nas do sięgnięcia po raz kolejny po tę samą płytę? Czy jakieś znaczenie w naszym wyborze ma kolor?

Niedawno wpadła mi w ręce książeczka, która miała pomóc wyjaśnić moje wątpliwości. Patti Bellantoni w „Jeśli to fiolet, to ktoś umrze” pisze o teorii koloru w filmie i tłumaczy, na czym polega nasz romans z kinem. Barwa z rozmysłem używana przez twórców obrazu wywołuje w nas konkretne emocje i przeżycia. Jeśli są nam bliskie, przyjemne czy też pociągające, producent zarabia, a my wkręcamy się w spiralę filmowego uzależnienia. Postanowiłam ostrożnie przeanalizować ulubione tytuły i zrobić sobie amatorską psychoanalizę. Jakie kolory mają moje filmy, a dokładniej – dlaczego właśnie one tak mocno na mnie działają? Czy znając czyjąś mapę barw, można określić jego temperament i pragnienia, a nawet dowiedzieć się, w jakim momencie życia się znajduje? Z półki zdjęłam trzy najczęściej oglądane pozycje: „Wielkie nadzieje”, „Czekolada”, „Jestem miłością”.

Pierwszy film jest ekranizacją powieści Dickensa. Główną rolę gra odkarmiona na kiełkach i biożywności zimna blondynka Gwyneth Paltrow. Partneruje jej Ethan Hawke, kiedyś mąż Umy Thurman i kochanek Angeliny Jolie (dodajmy, że w tym samym czasie), który już na samym początku deklaruje, że opowie nam swoją historię nie taką, jaką w rzeczywistości była, ale w kolorach, w jakich ją zapamiętał.

Ten film można by równie dobrze nazwać „Zielone nadzieje”, gdyż to właśnie ten kolor zdominował obraz.

To przede wszystkim dzika roślinność, która oplotła rozsypującą się posiadłość panny Dinsmore pałającej chęcią zemsty na męskim rodzie, wyciąga duszące pędy w stronę widza i głównego bohatera filmu. Jego rozwijające się nadzieje zdepcze oliwkowy pantofelek pięknej Estelli, która spełni mroczne pragnienie swojej ciotki. Zielony, symbol nadziei i początku, w tym filmie ukazuje swoje drugie oblicze – trujące, duszące i zepsute. „Czekolada” z kolei pulsuje czerwienią, dyskretnie akcentowaną na tle brązów i błękitów. Zapowiada skrywaną namiętność, stłamszone pragnienia mające lada chwila wybuchnąć. „Jestem miłością” uwiódł mnie rozmachem i malarstwem godnym Viscontiego, ale nie łudźmy się, jest tam również kolor pomarańczowy. Takie są krewetki serwowane przez kucharza Antonia, za sprawą których grana przez Tildę Svinton Emma wybudza się z małżeńskiego i egzystencjalnego marazmu. Na potwierdzenie gotowości wyruszenia w radosną, miłosną podróż wkłada na siebie pomarańczowe sukienki wypełniające ekran ciepłem i słońcem.

Wszystko wskazuje na to, że jestem kobietą, która mimo skrywanej urazy do mężczyzn tęskni do porywów namiętności i ucieczki przed rutyną. Nie wiem, czy to prawda, ale radzę wam jedno: schowajcie swoje ulubione filmy na dno szafy. Można się z nich dowiedzieć więcej o sobie, niż przypuszczacie.